
Zadaniem filozofa jest podejmowanie prób zrozumienia
problemów, a nie rozwiązywanie problemów.
Janusz Palikot jest magistrem filozofii, lecz ani
nie stara się zrozumieć problemów, ani ich rozwiązać, bowiem z upodobaniem
zajmuje się tylko ich pomnażaniem. Zaczął od prywatnych problemów z własną żoną,
z którą nie umiał się uczciwie rozejść w spokoju, jak Bóg przykazał Mojżeszowi.
Teraz ma mieć podobno problemy z partią, do której nie po to się przecież
zapisał, żeby śnić tylko o mozolnym wspinaniu się do nieba po jakiejś drabinie,
lecz żeby dopiąć swego. Pragmatyczny to zaiste filozof, bo żyjąc ze
sprywatyzowanego po Magdalence Polskiego Monopolu Spirytusowego a wizytując
własną córkę w Czeladzi nie pogardził przy tej to okazji marnym przecież
prezentem kupionym mu za 100 złotych z kasy Urzędu Miejskiego przez burmistrza
Marka Mrozowskiego z tej samej Platformy Obywatelskiej, wcześniej członka
PZPR-u, PSL-u, UW-u, UP-e itd-e, kilku lokalnych ugrupowań zakładanych okazyjnie
pod różnymi nazwami dla niepoznaki.
Palikot miał mieć chyba duże problemy w związku z transferami pieniędzy na
jakieś wyspy zagraniczne, nie podlegające polskiej jurysdykcji
i opodatkowaniu, a jednak jakimś cudem w Polsce nie słychać już o tych
problemach i Janusz Palikot nie musi ich wcale rozwiązywać, ani nawet starać się
zrozumieć, kto za tym komfortem psychicznym stoi, który on w Polsce uzyskał. Dla
niego ważne jest, żeby obnosił się publicznie jak bikiniarz za Gomułki
w szalenie drogich dla normalnych ludzi ciuchach i żeby go wszędzie było pełno
jak po śmierci Urszulki, a już najwięcej w mediach.
Zadbano ostatnio o to przy pomocy telewizyjnej dziennikarki radiowej Moniki
Olejnik, która jak mało kto potrafi z niczego wykrzesać przed mikrofonem dla
milionów emocje przedwojennej, żydowskiej pyskówki, dolać oliwy do ognia, by
cudownie spalić wszystko na panewce jak prawdziwa, farbowana blondynka. Takoż
zapewne pod wpływem tej samej magii telewizyjny niegdyś dziennikarz a obecnie
redaktor naczelny pewnego tygodnika Lis kreuje Palikota na jedynego protagonistę
tezy o umiejscowieniu źródła katastrofy pod Smoleńskiem w fatalizmie sprawczym
braci Kaczyńskich.
Jak gdyby prezydent Lech Wałęsa nie przypominał nieustannie światu i Miastu
od pierwszego dnia, kiedy tylko wyszło to na jaw, że jeden brat Kaczyński
konsultował z drugim bratem przez telefon satelitarny, co ma zrobić z tą mgłą,
przez którą lotnicy nie chcą wylądować.
Jak gdyby dziennikarz Tomasz Lis nie umiał wpisać sobie do wyszukiwarki
google zdania: Zawiadomienie
o przestępstwie spowodowania katastrofy samolotowej ... , którego to
zawiadomienia Palikot przecież do prokuratury nie złożył, ani żadna inna osoba
publiczna w Polsce, bo beneficjenci przemian własnościowych w Polsce, którzy
skorzystali bardzo dobrze finansowo i w każdym innym wymiarze widzialnego świata
na szatańskiej przemianie po 1989 roku, nie mają interesu w tym, żeby cokolwiek
w Polsce zmieniać.
Wszystko ma wszak pozostać tak, jak przewidywał Plan towarzysza Rakowskiego
objawiony w Magdalence przez generałów tzw. partnerom społecznym wyłonionym z
trockistowskiego KOR-u; Lech Kaczyński zasiadał tam w końcu stoła, przypomnijmy
obok: Michnik, Geremek, Frasyniuk, Bujak i cała reszta cwaniaków spod ciemnej
gwiazdy rewizjonistów marksistowskich, która dobrze chyba wyszła na tych
fotografiach zrobionych im tam przez ubowców Kiszczaka przy biskupach i
księżach.
A jeśli nikomu nic nie może grozić za jakiekolwiek bezprawne czyny,
nadużycie władzy, to i nikt publicznie nie przypomina, że 27 lipca Jarosław
Kaczyński ma jednak stawić się przed oblicze Wojskowego Prokuratora Okręgowego w
Warszawie, żeby odpowiedzieć jasno i niedwuznacznie na kika prostych pytań;
- czy była zmowa z bratem, że poleci niezależnie od premiera Tuska ta wycieczka
do Katynia i czy była w przestrzeni powietrznej nad Smoleńskiem ta rozmowa
telefoniczna z bratem przez telefon satelitarny i kto na kogo naciskał: Kain na
Abla, czy Abel na Kaina?
Bo i po co komu potrzebna w Polsce cała ta biblijna wiedza, jeżeli kardynał
Dziwisz pospiesznie i nie wiedzieć, dlaczego zaklepał dla Kaczyńskich Wawel? A
przecież należy przy tym pamiętać, że to nie na ks. Dziwisza Służba
Bezpieczeństwa miała w Watykanie haka, ale na ojca Hejmo.
Warszawa nie może pogodzić się z tym, że zidentyfikowane przez brata ciało
prezydenta i nie zidentyfikowane ciało ukochanej bratowej spoczywa tymczasem w
Krakowie. Targówek upomina się o Pierwszego Warszawiaka, szemrze na razie w
internecie Bródno. Palikot tymczasem pyta głupkowato w programie Moniki Olejnik:
co będzie, kiedy okaże się, że to Lech Kaczyński spowodował tę katastrofę?. Czy
ktoś będzie miał wtedy odwagę powiedzieć Dziwiszowi, że te zwłoki
trzeba wyprowadzić z Wawelu?
Palikot zapomina, że wielu mądrych ludzi w Polsce mówiło w porę Dziwiszowi,
żeby nie ważył się profanować Wawelu! A w Watykanie o. Hejmo nie był przecież
najbliżej przy papieżu, więc jak on niby miał tego Ojca św. podsłuchiwać?
Czy prokurator będzie miał odwagę postawić jakieś pytanie Jarosławowi
Kaczyńskiemu - zapytał mgr Palikot i popełnił grzech śmiertelny filozofów
marksistowskich. Bo w normalnym, niekomunistycznym kraju obowiązują na
całym, demokratycznym świecie procedury, zarówno generała lotnictwa, który nie
ma nic do szukania w kabinie pilotów jak i dyrektora Kancelarii Prezydenta, dla
którego nawet nie było w tej kabinie pilotów stołka. I człowiek wie, mając
procedury, czego ma się w swojej pracy trzymać. Prezydent Kaczyński bezprawnie
wywarł nacisk na pilotów, bo weszło mu to już w krew po Gruzji, jak alkohol po
przyjęciu poprzedniego dnia w Pałacu Prezydenta.
Prokuratora też obowiązuje procedura w takim państwie jak Polska.
Prokurator wojskowy musi zwyczajnie postawić Kaczyńskiemu 27 lipca m.in. pytanie
o ten alkohol pity przez brata poprzedniego dnia w towarzystwie na animusz,
o lekarstwa oraz inne środki chemiczne; - czy wiadomo Panu, że brat przyjmował,
brał, lub zażywał?
Prokurator wojskowy w stopniu pułkownika nie może przecież się bać zapytać
zwykłego posła o to, czy była rozmowa z bratem, którą mogli nagrać Rosjanie,
Niemcy, Izrael, USA, Południowa Korea i Afryka, bo chyba każdy Murzyn już wie z
"Akwarium" Suworowa, że jeśli prezydent jakiegoś ważnego mocarstwa
środkowoeuropejskiego, który zadzierał z Moskwą, uzgadnia coś w samolocie z
bratem stojącym twardo i mocno na ziemi, to przecież każdy haker na całym
świecie mógł tych Kaczorów nagrać, żeby ich w przyszłości szantażować posiadaną
wiedzą na temat ich beztroski.
Janusz Palikot nie powinien wątpić w odwagę polskiego żołnierza, gdyż nie
ma do tego prawa, by pomawiać prokuratora i pułkownika Szeląga o tchórzostwo, bo
kardynał Dziwisz wiedział przecież, jak bardzo Lech Kaczyński sam się czegoś bał
po zawaleniu się hali z gołębiami w Katowicach, że na głowę dał sobie nawet
włożyć ogromny, strażacki kask i wyglądał w nim jak czerwony muchomor,
wystraszony jak purchawka. A taki z tego Kaczyńskiego był wcześniej chojrak jak
odstawia teraz chojraka Jarosław, który w stanie wojennym lojalki podpisywał
jak żaden inny Polak, za dwóch, bo taki był wówczas odważny i bez Eurokurskiego
psa.
Czy partia PiS Kaczyńskich kończy się tak oto na rękach prezesa, jak
skończyła się po innych przegranych wyborach AWS Krzaklewskiego? Palikot nie
podejmuje próby zrozumienia problemu, który stoi przed Jarosławem Kaczyńskim, a
nie przed prokuratorem, bo taki z Palikota filozof, jak wuwuzela z koziej
trąbki.
Problemem dla Polski, którego mgr Palikot zdaje się mieć za zadanie nie
dostrzegać, jest zagwarantowana układem z Magdalenki, utajnionym w swoim czasie
przed Narodem Polskim, nienaruszalność i bezkarność tzw. elit rządzących.
Problem to zaprawdę diabelski taki zawarty przez złoczyńców układ o odpuszczeniu
win naszym winowajcom i niekaraniu ich za grzechy.
Układ, o którym Kaczyński wciąż przypomina po to, by się nim zastawiać i
bronić, gdyż sądzi, że jest to układ wieczny, bo zawarty w Magdalence przy
udziale hierarchów Kościoła Katolickiego.
Tymczasem Kościół to jest rzecz święta i wara fałszywym katolikom od
wycierania nim sobie rąk. Kościół Powszechny stanowi wciąż niezmienną treść i
podstawę życia wielu milionów Polaków, bo Kościół to każda wierząca w Jezusa
Chrystusa osoba, Ty i ja, my wszyscy wierzący w Sprawiedliwość Bożą. A Jarosław
Kaczyński jest tylko papierowym tygrysem lakmusowym, którego prokurator ma z
obowiązku zamoczyć w procedurach, żeby wykazał swoją obecność w człowieku odczyn
Zła.
Lech Kaczyński był przed kilku laty na Ukrainie i miał złożyć kwiaty na
mogiłach pomordowanych i pochowanych w okolicach Charkowa tysięcy oficerów
Wojska Polskiego, a jednak przeleciał się tam wtedy tylko po to, żeby popierać w
kampanii wyborczej pomarańczowego Europejszczyka Juszczenkę, a na mogiły naszych
Ojców nie poleciał, choć nie przeszkodził mu żaden tuman, mówiąc po rosyjsku,
żadna mgła. Może nie chciał się tam z małpką chwiać, jak poprzednik nad mogiłą
w innym miejscu chwiał? Może miał jakieś paranormalne przeczucie? Kardynał
Dziwisz może więc powołać w tej sprawie Komisję Kościelną, jak do zbadania
ubeckiej przeszłości biskupów i księży i cudów, które rzekomo masowo się dzieją
w Polsce z pomnikami Karola Wojtyły, który był przecież tylko człowiekiem, choć
pospiesznie okrzyczano go dla czyjejś potrzeby świętym. Naród Polski ma dość
przebywania w tym cyrku.
Polakom potrzeba nowej siły politycznej na miejsce fałszywego PiS-u,
któremu jak trwoga, to do Gierka od Boga. Bo były premier i komunista Leszek
Miller nie dał się jeszcze poznać po tym, że skończył się już w polityce i znowu
gotów sięgnąć po zero do kabały. Tym razem dla Jarosława Kaczyńskiego, żeby
rozeszła się po kościach 96 ofiar odpowiedzialność za katastrofę i skończyło
wszystko na małpich żartach, a Palikot z tego samego względu bredzi, żeby
Kaczyńskiego wypędzić z Polski na banicję. A czy zapytał Palikot Polaków, co
sądzą o książce"Zbrodnia i kara" Dostojewskiego? A czy w Izraelu chcieliby tego
Kaczyńskiego, jeśli on taki ponoć wielki polski patriota, że nawet bez własnego
konta na tych Wyspach Bergamutach.
Z Frankfurtu nad Menem mówił
Stefan Kosiewski
http://sowa.quicksnake.pl/Stefan-Kosiewski